11. W ogrodzie krwawych róż




Mdły i ciężki zapach róż otacza Harry'ego, otumaniając zmysły i odbierając trzeźwość umysłu. Dlatego po prostu wpatruje się w Voldemorta — w jego wysoką, szczupłą postać skrytą pod warstwą czarnych ubrań, uśmiech rozciągający mięśnie twarzy w nienaturalnej pozycji i oczy lśniące krwią. 

— Dlaczego znowu mnie męczysz? 

Voldemort jedynie irytująco mruga, w tym czasie uśmiech powoli znika, przemieniając się w neutralny wyraz twarzy. Rozkłada ręce, jakby chciał powiedzieć: oto jestem.

— To, mój mały, dzielny czarodzieju — na chwilę przerywa, by skierować ciężkie spojrzenie na Harry'ego, jakby czegoś szukając w wątłej posturze chłopca. Widocznie to znajduje, bo kiwa głową i kontynuuje — jest rzeczywistość.

Harry parska śmiechem. To dziwne, bo myślał, że już nigdy nie będzie w stanie, biorąc pod uwagę to, że ostatnio nieustannie żyje w szaleństwie strachu. Ale jednak to zdanie wypowiedziane takim szlachetnym i oficjalnym tonem Toma wzbudza w nim delikatne drgawki śmiechu. 

— Że niby mam ci uwierzyć?

— Dlaczego nie?

— Za jak wielkiego głupca mnie masz?! — Voldemort już chce odpowiedzieć, już otwiera usta z ciętą ripostą na końcu języka, ale Harry postanawia, że jednak nie chce znać zdania Czarnego Pana. — Albo lepiej nie! Mam tego serdecznie dość!

Nieliczne promienie słońca prześwitują przez gęste liście drzew, sprawiając, że skóra Voldemorta wydaje się jeszcze bardziej blada niż w rzeczywistości — pozbawiona jakiegokolwiek  blasku czy życia wygląda niczym wosk. Dlatego ten drwiący uśmiech, który pojawia się na wargach Czarnego Pana tak bardzo nie pasuje do jego twarzy. 

— Ja naprawdę... — Harry na chwilę przerywa, bo emocje odbierają mu oddech i dopiero po paru głębokich haustach powietrza mówi zrezygnowany: — ...mam dość.

— Własnej głupoty? 

Słowa Voldemorta trafiają w czuły punkt Harry'ego, sprawiają, że do głowy przychodzi mu szalenie nieprawdopodobna myśl— a jeśli naprawdę jest idiotą? Przecież jego życie od momentu, w którym usłyszał wyrok na sali sądowej nie ma najmniejszego sensu. Mógłby się zabić i nikt by się nie przejął.

Ułamek sekundy i Voldemort jest przy nim, przenikliwie wpatrując się w puste oczy Harry'ego. Ramiona mężczyzny ciężko się unoszą, a on sam wygląda na zirytowanego. Wąskie wargi zaciśnięte są mocno w jeszcze węższą linię.

— Tchórzysz, mój mały czarodzieju? 

— A co innego mi pozostało?

— Życie — pada prosta odpowiedź wypowiedziana dźwięcznym głosem. Zrywa się delikatny wiatr, liście drzew zaczynają delikatnie szumieć, a Harry odgarnia zbłąkany włos, który wpadł mu do ust.

— Zabawny jesteś. Nie, ale serio, masz nie po kolei w głowie. 

— Ja? — Ton jego wypowiedź sugerowałby, że to z Harrym właśnie jest coś nie tak.

— Oboje jesteśmy popieprzeni — Voldemort uśmiecha się z satysfakcją, jakby Harry wreszcie powiedział coś właściwego — ale to nie tłumaczy twojego zachowania, Tom. Jaki masz w tym interes?

— Nie byłbym w stanie wyodrębnić jednego. — Oczy czarodzieja błyskają zdawkowo. U każdego innego człowieka Harry przysiągłby, że to zadziorna iskra, ale przecież to Voldemort, który właśnie teraz sadowi się na zielonej trawie, poprawiając poły czarnej szaty. — Będziesz tak stał? — pyta. — Siadaj. 

Wskazuje ręką na ziemię obok, a Harry nie potrafi rozgryźć, co tu się właściwie dzieje. Naprawdę. Chciałby prostej instrukcji obsługi, co robić, gdy najgroźniejszy czarodziej ostatnich lat zaczyna zachowywać się w stosunku do ciebie przyjaźnie. Jeszcze brakuje, żeby zaprosił go na herbatkę i ciasteczka!

— Mogę poprosić o herbatę, jeśli chcesz.

— Mógłbyś przestać czytać mi w myślach?

— Nie. 

Harry wzdycha zirytowany i siada, zachowując bezpieczną odległość od Voldemorta.

—  A więc, Harry, powiedz mi jak ci się mieszka w Azkabanie. Twoje wrażenia? Hm?

Harry nie chce odpowiadać na to pytanie, nie chce wracać do tego strasznego miejsca nawet w myślach. Może to dziwne i nienaturalne, ale wolałby już zostać tu, za towarzystwo mając niezrównoważonego psychicznie Voldemorta,  niż wrócić do dementorów.

— Zimno — odpowiada zgodnie z prawdą.

Voldemort unosi brew.

— Jest tam zimno. Cholernie zimno. Jakby igiełki mrozu z Syberii przenikały przez każdy fragment skóry aż do szpiku w kościach.

— Tak, nikt nie lubi zimna, ale odmrożenia to naprawdę fascynująco paskudne rany. — Riddle wygląda na zamyślonego w swojej głowie i chyba po raz pierwszy, odkąd Harry jest w tym dziwnym miejscu, nie czuje na sobie przenikliwego i palącego wzroku Voldemorta. Nie wie jednak czy to aby na pewno zmiana na lepsze.  Po za tym... pierwszy raz od skazania myśli Harry'ego są wolne od strachu wpajanego przez dementorów, halucynacji i całego tego szaleństwa. Myśli są klarowne, a  całe ciało chłopaka jest lżejsze; jakby ktoś zdjął z jego bark kilkutonowy ciężar. 

Harry bierze głęboki oddech, napawając się dźwiękami natury i błogosławieństwem ciszy. 

— Już możesz mi odpowiedzieć? — pyta wreszcie znudzony milczeniem.

— Na które pytanie z kolei? — Voldemort nawet nie unosi wzroku, jedynie wstaje i zrywa różę w pełnym rozkwicie.

— Dlaczego tutaj jestem?

— Róże to najpiękniejszy skarb natury, nie sądzisz? — Voldemort zrywa jeden bordowy płatek i pozwala mu powoli opaść na ziemię niczym kropli gorejącej krwi. — Symbol piękna, ale i rozpusty... Miłe to dla oka, ale w zbyt bliskim kontakcie potrafi je wydłubać. Róże są niezwykłe i, och, jak bardzo, cholernie cenne — mówiąc to, zgniata cały kwiat w pięści. Otwiera dłoń, a na ziemię wysypuje się wodospad pachnących płatków.

— Oczywiście znowu mi nie odpowiedziałeś — wzdycha Harry. — Ale czego się mogłem spodziewać? Po mordercy? Po mordercy można się było spodziewać najbardziej oślizgłej odpowiedzi i steku kłamstw! Na co ja liczyłem? — prycha zawiedziony swoją własną głupotą i naiwnością, która kazała mu mieć nadzieję. 

— Musimy porozmawiać, Harry. O twojej manii oceniania ludzi i przypisywania im łatek. Nikt cię nie nauczył, że w świecie tak łatwo nie jest? Nie da się czegoś ocenić na pierwszy rzut oka, nie da się ocenić człowieka po zaledwie paru jego czynach, nie wiedząc, kto za nim stoi albo jakie wartości nim kierują, co przeżył, kogo spotkał na swej drodze. Nie da się powiedzieć, że ci zasługują na potępienie, a tamci na raj. Świat nie jest biały czy czarny, nie jest szary — dlaczego ludzie mieliby się ograniczać do tych trzech kolorów, mając do dyspozycji całą tęczę?

— Sam sobie przeczysz! — oburza się Harry, a krew się w nim gotuje. Już zapomniał o swoim pytaniu, emocje nie pozwalają mu myśleć o niczym innym, jedynie o hipokryzji Riddle'a. 

— W jaki sposób? — bezczelnie, w mniemaniu Harry'ego, pyta Voldemort. 

— Przecież to ty głosisz tę całą ideologię o czystości krwi! Ty dzielisz czarodziei na lepszych i gorszych, stygmatyzując mugolaków i chcąc wymordować wszystkich mugoli! — wykrzykuje na jednym wydechu, czerwony na twarzy, z dłońmi zaciśniętymi w pięści, w każdej chwili gotowymi do ataku. Energia wręcz buzuje pod jego skórą, nęcąc go, by jakoś zareagował.

— Ja? — Voldemort przykłada dłoń do serca w geście oburzenia. — Zabijać mugoli? Jaki rozsądny pan zabija niewolnika zdatnego do pracy?

— I jeszcze nazywasz ich niewolnikami! To też ludzie! Mają uczucia, też się boją i też kochają! — Harry czuje się w tym momencie jak nakręcona maszyna, podjudzana z każdym kolejnym słowem Riddle'a. I wie, że jest podpuszczany, gdzieś na tam z tyłu głowy czai się ta oczywista myśl, ale po prostu nie potrafi siedzieć bezczynnie, gdy on mówi o eksterminacji ludzi, zniewoleniu ich z taką... lekkością i zupełnym brakiem skruchy.

— Zwierzęta też mają uczucia. Co nie stoi na przeszkodzie, by je zaprzęgać do niewolniczej pracy.

Harry'emu brakuje argumentów na tak oczywistą abstrakcję podszytą najczystszą głupotą głoszoną przez Toma, więc zadaje pytanie o inną kwestię:

— A co z czystością krwi? Co? To ewidentne segregowanie czarodziei przez pryzmat ich rodziców i przodków — kończy zdanie z przeświadczeniem, że zapędził swojego rozmówcę w kozi róg, ale Voldemort jak zwykle zręcznie się wykręca.

— To rozmowa na całkiem inną okazję, ale skoro już zacząłeś... Naprawdę chcesz bronisz ludzi, którzy ci nie wierzą? Którzy wydali cię dla własnej wygody, pod koniec kopiąc jak niepotrzebnego kundla?

Harry bardzo stara się nie pokazać jak zraniły go te słowa — boleśnie ubodły szczerą prawdą. A że nigdy nie był zbyt dobry w ukrywaniu emocji, w oczach Voldemorta widnieje zwycięski błysk. Kiedyś Harry zacząłby się kłócić, bronić swoich przyjaciół, gdyby ktokolwiek ośmielił się powiedzieć na nich choć jedno złe słowo. Taki Malfoy na przykład — pojedyncza obelga o czystości krwi  Hermiony, a Harry z Ronem już rzucali się z pięściami. Teraz Harry próbuje walczyć z łzami cisnącymi się do oczu, więc z uporem nie spogląda na Riddle'a, a jego wzrok prześlizguje się po  bujnych zaroślach i krzewach róż.

— Zmieńmy temat, co? — mówi ściśniętym głosem. Co dziwne, Voldemort nie naciska, zamiast ciągnięcia tematu i drwienia z chłopca, przez chwilę po prostu milczy. 

Obaj siedzą w ciszy, przerywanej jedynie przez szelest liści i delikatny śpiew ptaka, którego gatunku Harry określić nie potrafi. 

To może brzmieć dość dziwnie w ustach Chłopca, Który Przeżył spotkanie pierwszego stopnia z Klątwą Uśmiercającą wysłaną przez czarodzieja siedzącego spokojnie na przeciwko, ale Harry automatycznie chce podziękować za uszanowanie jego prośby. Nie śmiałby wypowiedzieć tego na głos, ale po tym jak Voldemort nagle spogląda na niego ze zrozumieniem, Harry wie, że ten przeczytał jego myśli. Ale to nadal dziwne. Być neutralnie nastawionym do wielokrotnego mordercy, który zabijał dziesiątki, nie czując jakichkolwiek wyrzutów sumienia.

— Co powiesz na opowieść o dementorach? — pada nagle pytanie. Harry spogląda na Voldemorta z zaskoczeniem, które nagle zmienia się w strach, gdy przypomina sobie poczwarne postury potworów.

— W jakim sensie? — wykrztusza z wysiłkiem, próbując nadać dźwiękom wychodzącym z gardła konkretny kształt, ale jego głos brzmi słabo i niepewnie.

— Opowiedz mi o nich.

— Są zimni — zaczyna chłopak.

— Nie w taki sposób — natychmiast przerywa mu Voldemort, wyglądając na nieco zirytowanego odpowiedzią Harry'ego.

— Czyli co mam o nich powiedzieć?

— Co robią?Jak się zachowują w Azkabanie?

— Snują się. Węszą. Patrolują. Napawają się cierpieniem i rozpaczą. Są jak zachłanne pijawki, chcące wyssać krew razem ze szpikiem z kości. 

— Nie mają jakiejś ustalonej rozpiski, układu?

— Bo ja wiem? Ciągle się pałętają. — Harry zaczyna się zastanawiać, po co konkretnie Voldemortowi taka wiedza, ale postanawia to przemilczeć. Na razie. 

— Nie mają żadnych nawyków?

— W mojej celi jest okno i dość często za nim widzę przyglądającego się mi dementora. Nie wiem, czy to ciągle ten sam, czy nie. 

— Obserwuj go. — Voldemort sprawia wrażenie, jakby mętna odpowiedź Harry'ego wiele mu mówiła i wygląda na wręcz zadowolonego, chociaż bardziej to zwykła satysfakcja.  — Uważnie — dodaje.

— Po co?

— Potrzebujesz czegoś, żeby nie zwariować. Jakiegoś celu, niech więc będzie tak prosty i idiotyczny jak nauka o dementorach.

— I mam zdawać ci raporty jak mały, posłuszny śmierciożerca? — Dociekliwe pytania Voldemorta zapalają żarówkę w głowie Harry'ego, krzyczącą czerwonym światłem o możliwym niebezpieczeństwie. To niemożliwe, by Voldemort nie miał w tym jakiegokolwiek celu.

— Sprawiłbyś mi tym radość.

Harry prycha na to oświadczenie i pyta:

— Dlaczego oni cię tak interesują? — To naprawdę zastanawiające. Zainteresowanie Lorda Voldemorta nigdy nie jest błahe. Zawsze oznacza coś więcej, kryje chytry plan zagłady ludzkości.

— Interesuje mnie wszystko, co związane z magią, a dementorzy to tajemnicze stworzenia, o których niewiele wiadomo. Korzystam z okazji, że wreszcie mam rzetelne źródło informacji.  — Voldemort wydaje się być bardzo zadowolony ze swojego kłamstwa.

— To nie kłamstwo — prostuje od razu mężczyzna. — To częściowe ukrycie pewnych niewygodnych faktów.

— Niczego innego się nie spodziewałem, wierz mi.

Riddle wybucha na to dziwnym śmiechem — ni to rechot, ni to tubalny śmiech głębokim głosem mężczyzny, ani też śmiech czystego szaleństwa, tylko jakby coś pomiędzy, niedające się zakwalifikować do żadnych z powyższych kryteriów.

— Wiesz co, Harry? — pyta zdawkowo. — Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dużo się uśmiechałem.

Harry postanawia wybrać tę bezpieczną opcję i milczy, bojąc się odpowiedzieć na to pytanie. Taki miły i towarzyski Voldemort wydaje się być jeszcze bardziej niebezpieczny niż Voldemort w swoim psychopatycznym szale. 

— Zachowujesz się inaczej niż w Komnacie Tajemnic  — stwierdza Harry, pamiętając ostatni sen-wizję z psychopatycznym Tomem w roli głównej.

— To było dobrych parę lat temu.

— Nie o tę komnatę mi chodzi, mówię o tej ostatniej — uściśla Harry, marszcząc brwi. Dlaczego nagle Voldemort wybrał granie idioty?

— Nie gram idioty, mały czarodzieju. — Ostry ton głosu płoszy ptaki, które wzbijają się w niebo i uciekają na dalsze drzewa.

Harry ma przed oczami tamtą Komnatę Tajemnic. Tę krew, truchło Ginny i rozbawionego Voldmorta. Uczucie strachu, gdy Riddle przyłożył różdżkę do gardła Harry'ego...

Nagle ciszę przerywa głęboki śmiech Voldemorta. Harry patrzy na niego z wyrzutem, naprawdę nie rozumiejąc tych zmian nastrojów i różnych zachowań Czarnego Pana. 

— Naprawdę jest z tobą źle, Harry. Azkaban miesza ci w głowie — wyjaśnia.

— Nie rozumiem.

— Ty nigdy nic nie rozumiesz, wszystko trzeba ci tłumaczyć jak czteroletniemu dziecku — warczy Riddle. Uśmiecha się, ale uśmiech ten szybko znika z ust, nie dosięgając zimnych oczu. 

— Nie jestem...!

— Tsk, tsk, nie przerywa się dorosłym. — Voldemort nie daje mu dojść do słowa. Harry wypuszcza powietrze z ust z głośnym świstem, ale nie zamierza się poddać.

— Nie traktuj mnie jak dziecko. Osadzili mnie w Azkabanie, dla czarodziejskiego społeczeństwa jestem więcej niż dorosłym — mówi na jednym wydechu, bacznie obserwując Voldemorta spod zmrużonych powiek, gdyby ten ponownie odważył się przerwać wypowiedź chłopaka. — Co miałeś na myśli?

— To, że to była zwykła iluzja. Tamte wydarzenia nie zdarzyły się w rzeczywistości — to zwykła projekcja twojego mózgu.

Iluzja? Czyli jego halucynacje potrafią być tak dokładne, że Harry nie jest w stanie odróżnić ich od rzeczywistości? Sama myśl wywołuje nieprzyjemne dreszcze; małe igiełki strachu boleśnie wbijają się we wrażliwą skórę. Ale w takim razie...

— Skąd mam mieć pewność, że to tutaj nie jest iluzją?

— Nie masz — pada nieskomplikowana odpowiedź, ale Voldemort nie przykuwa uwagi do reakcji Harry'ego. Zamiast tego ponownie zrywa kwiat róży — wspaniale rozkwitnięty o bogatej głębi koloru — i powoli, systematycznie i bez emocji zrywa pojedyncze płatki dwoma długimi palcami  i zrzuca je na trawę, gdzie dołączają do zgniecionej wcześniej róży.

Harry przez chwilę czuje się obezwładniony przez strach — jak ma odróżnić prawdę, rzeczywistość od fałszu i wytworów jego popieprzonego umysłu?

— Mogę ci obiecać — mówi Voldemort nie przerywając dewastowania róży — że prawdziwe spotkania zawsze będę tu. W ogrodzie krwawych róż.

Rzeczywiście, zerwane płatki róży na trawie utworzyły krwawą mozaikę. 

— Mógłbyś się postarać.

— W jakim sensie?

— Gwiazdy, przydałyby się tu gwiazdy. Atramentowe, nocne niebo upstrzone milionem gwiazd. — Harry zatraca się w wizji pięknego nieba, za którym tak tęskni. To straszne, że w Azkabanie zawsze jest pełno chmur i Harry nie widzi gwiazd. Chmury, chmury, mgła i jeszcze raz chmury. Nawet w ostatniej chwili swojej wolności nie mógł zobaczyć gwiazd.

Voldemort nie odpowiada na to pytania, po prostu przygląda się w zamyśleniu Harry'emu. 

— Nie chcesz może podzielić się ciekawymi faktami odnoście dementorów? Hm?

— Przecież już o tym rozmawialiśmy... Mało ci? — wzdycha Harry. — Dlaczego ja muszę odpowiadać na każde twoje cholerne pytanie, a ty wybierasz tylko te, które są dla ciebie wygodne?

Smukła i blada twarz Voldemorta nie wyraża żadnych emocji, gdy ten zbliża się do Harry'ego tak blisko, że ich nosy się prawie stykają. Czerwone oczy płoną jak ognie piekielne.

— Odpowiem ci — szepcze tak cicho, że Harry ma problemy z dosłyszeniem czegoś poza dźwięcznym sykiem sylab. —  Dla mnie... jesteś cenniejszy niż róża.

Harry przez chwilę zastanawia się, na jakie pytanie właśnie odpowiedział mu Voldemort, ale musi chodzić o jego cel wzywania Harry'ego do Ogrodu Krwawym Róż, jak zaczął nazywać  to miejsce chłopak. Jednak zaraz uświadamia sobie istotną rzecz odnoście tej odpowiedzi. Przerażenie odbiera mu zdolność do poruszania się, więc tylko głośno przełyka ślinę, delikatnie rozchyla usta i wykrztusza:

— Przecież różę  zniszczyłeś...

W takim razie co zrobisz ze mną?  — dopowiada w myślach.

Lord Voldemort uśmiecha się zdawkowo, a Harry budzi się w łóżku z sercem dudniącym jak dzwon.

Jego pierwszą czynnością jest rozejrzenie się po celi w panice, ale pomieszczenie jest ciche i spowija je delikatna zasłona mroku. Harry opada na poduszki wycieńczony i przykłada ramię do czoła, czując bijące od niego ciepło.

Nie potrafi zrozumieć, dlaczego nie czuje ulgi, a jedynie desperacką potrzebę powrotu do miejsca, gdzie istniał choć cień szansy na racjonalność i rozmowę z drugim człowiekiem. Bo Harry'ego w Azkabanie powoli zabija strach i samotność. 

W końcu ociężale wstaje z łóżka w poszukiwaniu szklanki wody. Na całe szczęście jakaś została, więc wypija ją jednym haustem, wyciera mokre usta rękawem koszuli i odwraca się w stronę łóżka, napotykając przekrwione oczy Ginny.

Stoi samotnie, jej wątła postura ostro odcina się od mroku pokoju. Ogniste włosy, ale i całe ciało pokrywa warstwa krwi.

Jedenastoletnia dziewczynka powoli unosi swoją drobną rękę, a Harry potrafi jedynie stać z bijącym sercem i przyglądać się jak drobne palce zaciskają się na jego szyi. Do prawej ręki dołącza lewa, a Harry'emu zaczyna brakować tchu. Po kilku desperackich próbach zaczerpnięcia oddechu, jego ciało się budzi i próbuje odciągnąć ręce dziewczyny. Ale są zimne i śliskie zupełnie jak ręce trupa. Palce Harry'ego ślizgają się po stęchłej krwi, którą pokryta jest skóra dziewczyny, nie potrafiąc porządnie złapać i odciągnąć rąk Ginny od swojego gardła.

Uśmiech Ginny powiększa się z każdą sekundą, gdy Harry'emu pozostaje coraz mniej tlenu. Oddech jest charczący i Harry chce zawołać strażnika albo po prostu krzyknąć, błagając o pomoc, ale w tym momencie palce na jego gardle zaciskają się jeszcze mocniej, zaskakując go niesamowitą siłą i Harry całkowicie traci dostęp do tlenu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz