4. Podarunek diabła




We śnie Harry jest w ogrodzie.  Otaczają go białe róże, a w oddali majaczy pole słoneczników. Harry obraca się wokół własnej osi. Wysoki dąb na lekkim wzgórzu, w dole wiktoriański dom z czerwonej cegły otoczony przez powoli więdnące róże. Z kolei te czerwone przy żelaznej bramie zaczynają powoli zakwitać. 

  —  Przybyłeś do mnie? 

Harry odwraca się w stronę głosu Voldemorta.  Czarny Pan stoi tuż obok usychającego krzaku róż ubrany w matową, czarną szatę z ciemnozielonym kołnierzem. Jego uśmiech sprawia wrażenie uśmiechu lwa, który po długim polowaniu, wreszcie dopadł ofiarę. 

  — Nie chciałem... Co ja tu w ogóle robię?

—  Śnisz — pada prosta odpowiedź.  — To tylko sen... i to aż sen. 

—  Nie rozumiem.  Dlaczego mnie tu trzymasz? Wypuść mnie! Zostaw mnie w spokoju! —  Harry w panice szuka w spodniach różdżki, ale okazuje się, że on też ma na sobie szatę: całą zieloną ciemniejszą u dołu.  Bezbronny wpatruje się w postać Voldemorta, który obraca swoją różdżką między palcami i spogląda na Harry'ego z chytrym uśmiechem. 

  —  Ależ Harry, spodziewałem się cieplejszego przywitania. —  Riddle podchodzi bliżej Harry'ego i nachyla się, by ich oczy były na tej samej wysokości.  —  W końcu nie widzieliśmy się... dwa lata? Jak sobie beze mnie radziłeś? Hm?

  —  Dobrze, dziękuję za troskę —  odpowiada buntowniczo Harry i próbuje odsunąć się od Toma. To spotkanie budzi w nim dawno zapomniane uczucia i wspomnienia. Nigdy nie chce już wracać do wydarzeń z drugiego roku.

  —  Muszę przyznać, że jestem tobą zawiedziony... Tyle możliwości i tyle zmarnowanych szans. Doprawdy szkoda...  — Riddle wygina oba kąciki ust do góry, ale tak szybko je opuszcza, że Harry nie jest pewny, czy aby na pewno Voldemort się uśmiechnął.

   —  To mnie wypuść! 

—  Zła odpowiedź.  —  Harry wzdryga się, czując gorący oddech na szyi. Odwraca się, gotowy do obrony. Lord Voldemort stoi za nim z niewinnym wyrazem twarzy i ponagla Harry'ego ręką, by zadał pytanie, które ten ma na końcu języka.

—  O co ci, do cholery jasnej, chodzi? 

   —  Och, jedynie o twoje życie. Muszę dodać, Harry, że dyrektor z pewnością byłby zawiedziony doborem twojego słownictwa. 

—  Chuj cię obchodzi moje słownictwo, Riddle! Odpierdol się i daj mi spokój! Czy o tak wiele proszę?!  —  Krzyk Harry'ego jest pełen desperacji i wręcz błagania.  Voldemort sprawie wrażenie zdegustowanego jego zachowaniem.

   —  Oczywiście, że prosisz o za wiele.  Jesteś tylko pustą skorupą, co przed chwilą udowodniłeś... Ale, mój mały, dzielny czarodzieju, chcę ci pomóc. Znaj wspaniałomyślność Lorda Voldemorta i przyjmij ten... skromny podarunek. 

Harry budzi się z pulsującym bólem głowy. Z westchnieniem pociera bliznę i zwleka się z łóżka, czując, że jego wszystkie cztery kończyny są ciężkie i obolałe. Przeciąga się i spogląda na biały sufit. Na lampie leży martwa mucha, więc Harry marszczy z obrzydzeniem nos i przenosi wzrok na bose stopy. Rusza palcami i próbuje przypomnieć sobie sen. Był dziwny, to jest pewne. Harry czuje jeszcze w nozdrzach słodki, wręcz mdły zapach jakichś kwiatów. Gdzieś w podświadomości wie, że ten sen był jakoś ważny, ale nie potrafi przypomnieć sobie najmniejszych szczegółów. 

Za oknem powoli wstaje słońce, oblewając jednakowe dachy bliźniaczych domów na Privet Drive złotym światłem. Przy niektórych posesjach działają już spryskiwacze — co jak co, ale o zieloną trawę mieszkańcy tej ulicy dbają z zabójczą dokładnością i precyzją. 

Głowa nadal boli Harry'ego, gdy ten z pustym i burczącym brzuchem podsmaża plastry bekonu. Tłuszcz skwierczy na patelni, a Harry z trudem przełyka ślinę. 

Nie myśl o tym, nie myśl, to będziesz mniej głodny — powtarza sobie z uporem maniaka, ale i tak z chciwością spogląda na cienkie pasy mięsa wyglądającego tak apetycznie. Tłuszcz pryska, Harry zdejmuje patelnię z gazu i nakłada jedzenie na patelnię, pocierając bliznę, która uporczywie piecze. 

Potter bierze talerz ze wcześniej przygotowaną kromką chleba ze zwykłą margaryną i ucieka do pokoju, nie chcąc narazić się na wuja, ale jego wysiłki są daremne.

  —  Chłopcze! —  słychać z salonu, gdy Harry odstawia już pusty talerz i chce cicho wrócić do pokoju. Harry obraca się na pięcie w połowie drogi i staje przed półleżącym na kanapie Vernonem Dursleyem oglądającym program informacyjny.  

  —  Tak? —  pyta Harry zrezygnowanym głosem. 

—  Dzisiaj sobota, umyj samochód. Jutro jedziemy do Marge i nie mogę pokazać się wśród ludzi w takim samochodzie. No co się patrzysz?! No, już, jazda! Myślisz, że za co cię karmimy?! —  Wuj Vernon macha ręką, by Harry zniknął mu sprzed oczu, i podgłośnia odbiornik. 

Harry przymyka oczy, mając ochotę odpowiedzieć coś o jego racjach żywnościowych, ale w porę gryzie się w język. Wie, że lepiej nie pogarszać  i tak już opłakanej sytuacji. 

Na zewnątrz panuje niesamowity skwar, więc Harry z ulgą chowa ręce w lodowatej wodzie, po czym obmywa nią twarz i kark. Na niebie nie ma ani jeden chmurki, a słońce wisi już wysoko. Jednak gdy Harry wraca do domu, wypieliwszy jeszcze rabaty i wygrzebawszy trawę spomiędzy kostki tworzącej podjazd, słońce powoli chowa się za wysokimi budynkami. 

Brzuch Harry'ego głośno daje o sobie znać, gdy ten wspina się po schodach, myśląc jedynie o odpoczynku. Nawet nie myje brudnych z ziemi rąk. Gdy tylko dociera do pokoju, kładzie się na łóżku, które w tej chwili wydaje się niebem, i natychmiast zasypia. 

Jego sen znów jest dziwny. 

Znajduje się w nim na Privet Drive. Powoli schodzi z łóżka, by zaraz z pogardą i obrzydzeniem spojrzeć na ziemię za paznokciami. Swoje kroki kieruje prosto do łazienki, gdzie dokładnie szoruję ręce, aż ich skóra nie stanie się czerwona. Dopiero wtedy spogląda w lustro i uśmiecha się. Przymyka czerwone oczy i wychodzi z łazienki, uprzednio wycierając ręce o czerwony ręcznik.

Po schodach schodzi powoli, przez okno widzi, że sierp księżyca wisi wysoko; jego bose stopy wydają osobliwe dźwięki na panelach.

Cała rodzina Dursleyów ogląda program komediowy, śmiejąc się do rozpuku.

Ciekawe, komu będzie do śmiechu pod koniec, myśli i wkracza do pokoju. Na boso, w podartej koszulce i zbyt luźnych spodniach. 

Czerwona zasłona zakrywa świecący księżyc, zegar na kominku wskazuje minutę po dwudziestej pierwszej, klaun w telewizorze wywraca się na monocyklu w kropki przy oklaskach i śmiechach publiczności zgromadzonej wokół areny cyrkowej. 

Różdżka pewnie leży w drobnej dłoni chłopca, gdy celuje raz raz razem w głowy swoich bliskich. Jak szaleniec bawiący się bronią. Jeszcze go nie zauważyli. Przy kolejnej salwie śmiechu pada pierwsze zaklęcie. Krótkie słowo, a Dudley pada na miękki dywan w spazmach bólu. Gałki oczne wywracają się białkiem do góry, gdy całe ciało trzęsie się niczym w ataku epilepsji, z kącika ust wypływa ślina. 

Krzyki jego rodziców są chyba jeszcze głośniejsze niż kwiczenie świni leżącej na ziemi. Z rozwagą różdżka skierowana zostaje na dorosłych, by ich uciszyć. Teraz tylko z przerażeniem przyglądają się mękom syna, bojąc znaleźć się w pobliżu swojego siostrzeńca uzbrojonego w różdżkę. 

Gruby chłopak na ziemi po paru minutach przestaje się poruszać, tylko tępo spogląda na drogi żyrandol nad jego głową. Błysk zielonego światła i umiera. Kobieta dopada jego ciało, tonąc w łzach. Jej twarzy wykrzywia się w najbrzydszy wyraz bólu i rozpaczy, gdy potrząsa martwym ciałem syna. 

Dołącza do niego szybko. Bezbolesna śmierć nie jest oznaką łaski, a raczej znużenia. 

Vernon Dursley zostaje z kolei ugodzony piękną w swej makabryczności Klątwą Tnącą i wykrwawia się w mękach. 

Harry spogląda na martwe wujostwo i na bose stopy pokryte krwią wuja. Potem na szybę w oknie, gdzie odbija się jego twarz — oczy skrzą się morderczą zielenią. Trzęsącymi się dłońmi Harry wkłada różdżkę do tylnej kieszeni spodni i cofa się o krok, uświadamiając sobie, że to nie był sen — to cholerna rzeczywistość. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz