6. Otaczają cię zewsząd




Syriusz rzadko kiedy przesypia całe noce — zazwyczaj leży, tępo wpatrując się w sufit, niczym dziecko bojąc się zamknąć oczy. Bo zamknięcie oczu oznacza koszmary, których najgorszą cechą jest ich realność, bo przecież to echa przeszłości. 

Pomimo tego że Syriusz zwykle nie przesypia nocy, tego letniego dnia budzi się około południa, czując wszechogarniające gorąco; słońce grzeje ciężkie zasłony na oknach, czyniąc z sypialni piekarnik. 

Wstaje i przez chwilę rozkoszuje się kontaktem bosych stóp z gładkimi i zimnymi deskami podłogi. Odgarnia włosy z twarzy, przeciąga się, czując rozleniwienie i wielką ochotę na poranną kawę. Jednak zbiera się w sobie i odsłania okna; czerwone zasłony są naprawdę nagrzane słońcem. Londyn tętni życiem w ten wakacyjny poranek, a Syriuszowi od razu polepsza się nastrój. Może porozmawia dzisiaj z młodym? W końcu ostatnio widzieli się przez dwukierunkowe lusterko jeszcze w Hogwarcie. Black nie może się doczekać, kiedy jego chrześniak przyjedzie na Grimmauld Place. To chyba jego aktualny cel w życiu —  przytulić Harry'ego i śmiać się z nim przy kominku całą noc. 

Schodząc do kuchni, mija Stworka mamroczącego pod nosem przekleństwa o niewychowanych czarodziejach niegodnych swego miana, który poleruje ramę obrazu tej starej mątwy. Na korytarzu jest cicho, jedyny odgłos stanowią kroki Syriusza i jego lekko chrapliwy oddech. Na dole Syriusza przejmuje chłód, więc przywołuje z pokoju ciepły, bawełniany sweter, który wkłada z ulgą. Wadą jest to, że jego długie włosy się elektryzują, ale nie zwraca na to uwagi i wchodzi do kuchni. 

Bucha w niego ciepło — w palenisku płonie ogień, z czajnika wydobywa się gorąca para, a na stole gorące jedzenie jest pożerane przez dzieci Weasleyów i Hermionę. 

  — Dzień doberek! —  wita się z szelmowskim uśmiechem Łapa i zajmuje miejsce. 

Co dziwne, nikt mu nie odpowiada. Hermiona milczy, a Ron mamrocze coś niezrozumiałego pod nosem. Syriusz podnosi głowę znad swoich kiełbasek, wyciera kąciki ust z keczupu i przygląda się ponurym twarzom otaczających go ludzi.

—  Ktoś umarł? —  Hermiona gwałtownie wstaje od stołu, drewniane nogi krzesła skrzypią na kafelkach, i wybiega z kuchni z zaczerwienionymi oczami; młody Weasley przewraca jedynie oczami. 

Molly z grobową miną podaje mu gazetę. Syriusz ogląda się w stronę, w którą wybiegła Hermiona, a w sercu kuje go niepokój. Co takiego się wydarzyło? 

Nagłówek Proroka Codziennego krzyczy: Wybraniec mordercą?! Zadziwiające wydarzenia lipcowej nocy. Czy nadzieja czarodziejskiego świata zabiła z zimną krwią? Więcej na str. 4. 

Syriusz nie ma nawet ochotą zagłębiać się w lekturę, odkłada bzdurne wypociny Skeeter i wraca do śniadania, myśląc, że powinien pocieszyć młodego jak przyjedzie i zapewnić go, że tylko debile w to uwierzą. No naprawdę! Większej bujdy wymyślić nie mogła? No bo kto uwierzyłby, że ten uroczy dzieciak z kompleksem bohatera mógłby kogoś zabić? Ale zaraz przypomina sobie reakcję Hermiony i marszczy brwi. Przecież ona najlepiej powinna wiedzieć, że ludzie się przejmą, a jutro zapomną i wszystko wróci do normy. To mądra dziewczyna. Powinna być mądrą dziewczyną. 

  —  Dlaczego wybiegła? —  Wskazuje głową na drzwi.  —  Przecież Skeeter nie pierwszy raz takie bzdury pisze.  —  Syriusz kręci z niesmakiem głową i powraca do parujących kiełbasek. Gdy dopija herbatę Molly mówi zdanie, które sprawia, że o mało nie krztusi się napojem:

  —  To prawda, Syriuszu. 

Syriusz próbuje powstrzymać niekontrolowany napad kaszlu spowodowany tym, że herbata poleciała nie tam, gdzie trzeba. Sprawy nie ułatwia chęć wybuchnięcia szaleńczym rechotem na słowa rudowłosej kobiety, która spogląda na niego z niepokojem. 

—  No już, już. —  Poklepuje go po plecach i zabiera puste naczynia do zlewu. — Lepiej?

—  Co za bzdury wszyscy wygadujecie? Naprawdę wierzycie tej szelmie?! 

Młody Weasley spogląda na niego ponurym wzrokiem i wychodzi, burcząc coś pod nosem. Syriusz odprowadza go pytającym wzrokiem. 

—  Molly? Możesz mi to wyjaśnić? Dlaczego wszyscy się tak zachowują?

Pulchna kobieta wzdycha i siada na przeciwko Syriusza na krześle, które tak gwałtownie porzuciła Hermiona.  

  —  My też nie mogliśmy w to uwierzyć... to wydawało się tak nieprawdopodobne... Ale dzisiaj do profesora Dumbledore'a przysłano sowę z Ministerstwa Magii. Mówiła ona, że Harry został aresztowany, a proces odbędzie się za dwa dni. 

—  Masz czelność mówić to z takim spokojem?! Przecież to na pewno... na pewno fałszywe oskarżenia! Harry nigdy nie zabiłby! Nigdy! —  Unosi się Syriusz. Nie potrafi pojąć, jak ludzie mogą być tak głupi. —  Przecież to trzeba do Ministerstwa iść! Niech no ja znajdę swoją różdżkę... już ja im pokażę, że mojego chrześniaka się nie oskarża!

—  Syriuszu, uspokój się. Jesteś poszukiwanym przestępcą. — Molly próbuje dotknąć dłoni Syriusza, by go wesprzeć, ale ten zabiera swoją ze stołu i spogląda na panią Weasley wzrokiem ciskającym błyskawice.  — Nie możesz ot tak pokazać się publicznie. 

  —  Nie każ mi się uspokoić, kobieto! Bo to niemożliwe! Jak oni mogą?! Gdzie, do cholery, Dumbledore, gdy go potrzeba?!

—  W Ministerstwie. Próbuje się dowiedzieć czegoś więcej. 

Słowa te koją maleńki fragment duszy Syriusza. Przecież to Dumbledore —  jedyny człowiek, którego boi się Voldemort. Jeśli ktoś może coś zdziałać, to tylko on. 

Syriusz nie może wytrzymać wzroku Molly, więc po prostu wychodzi i kieruje się do sypialni Hargodzioba. On jeden mu uwierzy, bo ludzie w tym domu są na to za głupi. 

~*~

Harry został zamknięty w małym pokoju z niewygodnym łóżkiem, na którym właśnie siedzi, i prowizoryczną toaletą. Od świata zewnętrznego dzielą go magiczne kraty brzęczące od nadmiaru elektryczności, a jedynym towarzyszem jest kurz podrażniający układ oddechowy.  Ściany to nudna i bezbarwna pustka bez życia, a podłoga błyszczy świeżo wyczyszczona zaklęciem.  

Bose stopy szybko marzną, więc chłopak podciąga je na łóżko, by okryć szarym kocem. Wszystko działo się tak gwałtownie, że dalej kleją się od krwi, która zaczyna powoli śmierdzieć. Ile już tu siedzi? Godzinę? Dwie? Wieczność? Nie ma zegara czy okna, by określić porę doby. Może jest już dzień? 

Harry'emu jest zimno i nie za bardzo ma z tym coś wspólnego temperatura w pomieszczeniu. Przechodzą po nim lodowate macki strachu, a ciało wstrząsają dreszcze, gdy tylko przypomni sobie o wcześniejszych zdarzeniach. O krwi, o księżycu, o opętaniu. Jak w pierdolonym horrorze, myśli Harry. 

Nie chce myśleć o tym, do czego został zmuszony. Jego kochana różdżka została plugawie wykorzystana do morderstwa. O to zostanie oskarżony? O morderstwo z zimną krwią, bez skrupułów? W końcu ma motyw — znęcano się nad nim i wykorzystywano go, więc się zemścił. Prosta sprawa, oczywisty wyrok — winny. 

Paląca nienawiść do Voldemorta tylko rośnie w jego sercu, proporcjonalnie do obrzydzenia własną słabością, że nie zdołał tego powstrzymać. Dlaczego nie mógł się obudzić szybciej? Dlaczego jest tak podatny na wpływy tego potwora?

Och, mój mały czarodzieju... Po prostu nikt nie nauczył cię prawdziwej magii.

Harry zamiera na moment, a potem krzyczy na głos:

  —  Odejdź! ZOSTAW MNIE! 

Z przerażeniem rozgląda się na za źródłem głosu Riddle'a, chociaż doskonale wie, że Voldemorta tak naprawdę tu nie ma.  To tylko głos; ciało oddalone jest tysiące kilometrów stąd. 

  —  Zadowolony? —  burczy Harry pod nosem, częściowo godząc się, że głos będzie mu już towarzyszył; tylko śmierć ich rozłączy. —  Z tego, że przez ciebie tutaj jestem? —  Nie jest pewny, czy mówienie w głowie i myśli wystarczą, więc na wszelki wypadek wypowiada każde zdanie na głos.

Bardzo. 

Harry daje sobie spokój i wygodniej układa się na łóżku, zapadając w lekki sen. 

Głos odzywa się ponownie, gdy za stworzonymi z magii kratami pojawia się obraz Dumbledore'a. 

Masz gościa. Miłej zabawy, mały czarodzieju.

 Harry podrywa się z łóżka i z nadzieją spogląda w stronę dyrektora. Dolna warga zaczyna drgać, a w oczach pojawiają się łzy.

  —  Panie profesorze... ja... ja naprawdę, to nie ja.... to nie ja. 

Mój szacunek do ciebie maleje z każdą sekundą.

—  Wiem, spokojnie. Harry, wszystko idzie zgodnie z planem. Pamiętasz? Zgodziłeś się. —  Głos Albusa Dumbledore'a jest spokojny i pełen pewności, że wszystko pójdzie po dobrej myśli. 

  —  Plan? —  Harry jest zdolny wycharczeć tylko to jedno słowo. Paraliż obejmuje we władanie jego ciało. Jak to się zgodził? On się na to nie godził! Przecież plan zakładał udanie się w bezpieczne miejsce, nie było mowy o zabójstwie wujostwa i cholernym Azkabanie!  — Ale nie taki był plan... — Siły go opuściły i nie starcza ich nawet na krzyczenie. — Czeka mnie Azkaban? — pyta jeszcze żałośnie. 

Ty, ja, jedna cela. To będą niezapomniane lata wyroku, Harry.

  —  Spokojnie, chłopcze. Żadnego Azkabanu, jesteś nieletni, na pewno cię tam nie wyślą. Masz linię obrony, która zrobi wszystko, byś trafił tam, gdzie miałeś trafić, czyli do Nurmengardu.

  —  Ale to nadal więzienie...

Olśniewająca dedukcja. Wiesz, bawię się przednio, podziwiając starania tego głupca. Naprawdę otaczają cię sami wrogowie. To zabawne, wiesz? Jak wszystko się pięknie rozsypie...

—  Będziesz tam bezpieczny. 

—  I sam nie będę stanowił zagrożenia —  kończy zrezygnowany Harry i wraca na swoje posłanie. Nagle nie chce mu się rozmawiać z dyrektorem, który na początku wzbudził w nim tyle nadziei. 

Dumbledore wzdycha cicho zza krat i wygląda jakby chciał w jakiś sposób pocieszyć chłopca, ale wie, że każde działanie byłoby bezcelowe. 

—  Choć nie planowałem, by sprawy przybrały tak rygorystyczny obrót, to wszystko można obrócić na naszą korzyć, Harry, pamiętaj o tym.  

  — ...Dumbledore! Profesorze Dumbledore! Czas! Pozwoliłam panu tylko na chwilkę przecież. Jak Buckery dowie się, że pana tu wpuściłam bez nadzoru, obetnie mi głowę! Albo prawie obetnie i będę jak Nick. Naprawdę, proszę już wyjść, profesorze. 

—  Spokojnie, Nimfadoro, już mnie tu nie ma. 

Za kratami pojawia się postać różowowłosej kobiety, która puszcza do Harry'ego oczko i zaraz odchodzi z dyrektorem Hogwartu, szepcząc głośnym szeptem o używaniu nazwiska zamiast imienia. 

 Harry znów zostaje jedynie z towarzystwem Voldemorta w głowie, którego to usilnie stara się ignorować. 

Za godzinę zostaje wezwany do pokoju przesłuchań, który opuszcza po trzech. Tam zostaje poinformowany przez aurora Parka, że jego rozprawa odbędzie się za mniej niż dzień. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz