2. Preludium do koszmaru




Nie uratowałeś jej... Nie uratowałeś jej, nie uratowałeś mojej słodkiej siostrzyczki. To przez ciebie jest martwa. Przez ciebie leży sama w zimnej trumnie zjadana przez robaki... Wyobraź sobie najobrzydliwszego robaka, jakiego widziałeś, a teraz umiejsców go w jej pustym oczodole. Jak pełznie pokryty śluzem, bezcześci jej ciało... a raczej jego pozostałości. Masz ten obraz przed oczami? To ty spowodowałeś tę tragedię.
Harry ma ten obraz przed oczami. Ten straszny obraz. Ciało zapada się w ziemię, jakby pochłaniane przez ruchome piaski, a potem jest ciemność. Z ciemności wyłania się budynek.
Wiktoriański dom z czerwonej cegły otoczony krzakami białych róż. Na małym ganku siedzi mężczyzna, jego blada twarz i jej ostre rysy wydają się znajome. Postać siedzi po turecku i przegląda stare księgi; ich kartki wyglądają jakby miały się skruszyć przy najdelikatniejszym dotyku długich, pajęczych palców mężczyzny w czerni. Obok stoi złota czarka z borsukiem mieniąc się w promieniach księżyca... Mężczyzna podnosi głowę i krwistoczerwony wzrok spoczywa na Harrym. Jest to dziwne i niepokojące spojrzenie — pełne zagadek. Harry chce się zapytać, poprosić, zażądać przywrócenia wspomnień, bo nagle rozpoznaje w tym człowieku Toma Riddle, ale wtedy słyszy głos, inny, znany mu głos.
— ...Potter!
Harry nagle ma przed sobą przerażoną twarz Snape'a. Zaraz, dlaczego oni są w bibliotece? Przecież Harry dokładnie pamięta jak kładł się do łóżka z czterema kolumienkami zmęczony wrażeniami po ostatnim zdaniu Turnieju Trójmagicznego.
— Dlaczego włóczysz się po nocy... znów?!  Minus pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru. Do łóżka w tej chwili! Następnym razem nie skończy się na szlabanie i utracie punktów. — I odchodzi pospiesznie, nawet nie podejmując próby, by dopilnować Harry'ego, żeby ten znalazł się w pokoju wspólnym.
Chłopak wstaje i rozgląda się po Dziale Ksiąg Zakazanych. Jak on się tutaj znalazł? Przecież... spał.
Za oknem powoli wstaje słońce, gdy Harry, powłócząc nogami, udaje się na hogwarckie błonia. O tej porze dnia, gdy nad trawą wisi jeszcze mlecznobiała mgła niczym kwas w powietrzu, a wokół jest ciemno, linia Zakazanego Lasu wygląda niczym stos trupów usypany przez barbarzyńców. Gałęzie tworzą swoistą mozaikę kończyn i kościstych palców rozwartych w błagalnym geście.
Harry siada pod starym dębem z rozłożystą koroną, opiera plecy o szorstką korę i wpatruje się w taflę jeziora.
Odkąd na drugim roku spotkał się z Voldemortem, całe jego życie wywróciło się do góry nogami, już nic nie wygląda jak dawniej. Najważniejszą różnicę stanowi fakt, że przegrał. Przegrał z kretesem. Dał się upokorzyć Voldemortowi, pozwolił mu zabić Ginny, pozwolił mu uciec i wrócić do żywych. Chłopiec, który go pokonał, mając rok, zawiódł. Już nie jest bohaterem, teraz został przegranym.
Świat łatwo zapomina o miłych rzeczach, już nie pamięta o zaletach i przymiotach; woli rozdrapywać stare rany.
Oczywiście nikt poza paroma wtajemniczonymi osobami nie wie, co naprawdę wydarzyło się dwa lata temu w Komnacie. Szczerze mówiąc, Harry sam do końca nie jest pewien; w jego pamięci są luki. Nie jest też pewien, czy Voldemort rzeczywiście się odrodził   —  wszystko to przypuszczenia Dumbledore'a. Że wspomnienia Harry'ego są fałszywe, że tak naprawdę to wszystko jedna, wielka maskarada.
Te dwa lata były inne, Harry nie przespał nocy bez dziwnych snów, Ron zdystansował się od niego. Jedynym co trzyma trio w całości jest Hermiona, która ostatkiem sił próbuje podtrzymać ich trójkę razem, ale jej zapał powoli słabnie. Tak naprawdę Harry jest sam. Jedyne pocieszenie stanowi Syriusz, jego ojciec chrzestny, z którym zawsze może porozmawiać przez zaczarowane lusterko. Ostatnimi czasy robi to coraz częściej, szczególnie gdy Hermiona jest gdzieś z Krumem, a Ron gra w szachy lub wpatruje się w zdjęcia Ginny.
Syriusz wraz z Remusem są wspaniali i Harry naprawdę ostatnio myśli o nich jak o ukochanych wujkach pełniących role rodziców.
Słońce wychyla się zza horyzontu, oznajmiając, że już czas iść do zamku. Harry podnosi się ociężale, spogląda jeszcze na Zakazany Las, który w świetle poranka wygląda już mniej strasznie i wraca do ciepłego zamku.
~*~
Wszystkie zegary w gabinecie dyrektora zmówiły się, by chodzić wstecz — ich miarowe tykanie wprawia w szał profesora Snape'a, który wręcz zabija wzrokiem każdy z osobna. Siedzi na niezbyt wygodnym krześle na przeciw biurka akuratnie zamyślonego Dumbledore'a. Palce starca gładzą srebrną brodę, a spojrzenie niebieskich oczu utkwione jest w przestrzeni, nie skupia się na konkretnym przedmiocie. Wygląda to tak, jakby Dumbledore widział coś więcej niż swój gabinet, ale patrzył oczami umysłu. 
— Powtórz jeszcze raz, Severusie. — To nie jest prośba, a rozkaz i Snape doskonale zdaje sobie z tego sprawę. 
— Patrolowałem korytarze, jak zwykle zresztą. Moją uwagę zwróciły uchylone drzwi do biblioteki szkolnej. Mogłoby się zdawać, że była opuszczona, ale w Dziale Ksiąg Zakazanych paliło się pojedyncze światło. Nie zdziwił mnie widok Pottera łamiącego reguły, ale... Po pierwsze: nie wziął tej swojej cholernej peleryny. Po drugie: wyglądał, jakby wiedział, czego szukał. Wskazywał palcem tytuły ksiąg i nawet ich nie czytał. Po prostu odrzucał, choć przecież nie wszystkie posiadają tytuły. Tłumaczyłbym to sobie tym, że po prostu często wymykał się nocami do Zakazanego Działu i zna go na pamięć, gdyby nie to, co nastąpiło później, Albusie. — Snape przerywa na chwilę i spogląda w błyszczące błękitem oczy dyrektora, który kiwa głową i zachęca do kontynuowania opowieści. 
— Zauważył mnie, chociaż ująłbym to innymi słowami, on jakby mnie wyczuł. — Snape odgarnia kosmyk czarnych, ciężkich włosów za ucho. — Odwrócił się z leniwym uśmiechem, co samo w sobie było już dziwne, ale potem zwróciłem uwagę na jego oczy, Albusie. To były oczy Czarnego Pana. 
— I zaraz potem oprzytomniał? To ważne, Severusie. Coś, co zrobiłeś w tamtym momencie albo wygoniło Voldemorta, albo po prostu sam zniknął zauważając twoją obecność. Powtórzę się: to niezwykle ważne. — Dyrektor Hogwartu zaciska palce na mahoniowym biurku i z uwagą przygląda się pracownikowi, który próbuje przypomnieć sobie wszystkie szczegóły. 
— Myślę, że Czarny Pan  opuścił ciało chłopaka z własnej woli, bo jestem prawie pewien, że jego uśmiech rozszerzył się, bo zobaczył właśnie mnie — swojego byłego, wiernego sługę. Po prostu przeszkodziłem mu w poszukiwaniach, więc zostawił Pottera w spokoju.
— I to doprowadza nas do wniosku, że jest zdolny zrobić to ponownie. 
Po słowach dyrektora na parę sekund zalega cisza. 
— Ale... Albusie! Sugerujesz, że Czarny Pan w każdej chwili jest gotów posiąść chłopaka i... zabijać w jego ciele uczniów, przeszukiwać księgi? On czegoś ewidentnie szukał, może dlatego nie jest jeszcze tak aktywny... czegoś mu brakuje, czegoś niezbędnego. 
— Och, z pewnością chce usłyszeć przepowiednię w całości, w końcu już odzyskał ciało... Teraz musi je utrzymać. — Dumbledore milknie na chwilę. — Niepokoi mnie to, co może zrobić z Harrym, który nie ma możliwości obrony, w końcu nie zna oklumencji.
— To go naucz.
— Uważasz, że bezpiecznie byłoby wejść teraz do głowy chłopaka? W każdej chwili będąc narażonym na atak Toma? Legilimenta, atakując czyjś umysł, sam pozbawia siebie ochrony. Nie mogę tak zaryzykować...
— Czyli chcesz dać mu wolną rękę? Żeby wymordował połowę Hogwartu?! Jego uśmiech, Albusie, jego uśmiech zapowiadał długie i bolesne tortury jak już dostanie mnie w swoje łapska. — Snape zaciska dłonie na czarnych fałdach szaty tak mocno, że aż bieleją mu kostki. 
— Na to nie mogę pozwolić... Na razie chcę porozmawiać z Harrym, może zdarzyło się coś jeszcze, o czym nie wiemy, a co okaże się istotne... I na podstawie tej rozmowy zadecyduję, czy to bezpieczne, aby Harry nadal przebywał w Hogwarcie. — Dumbledore zerka na pustą żerdź swojego feniksa, który nie pojawił się od dwóch lat. — Przynajmniej teraz mamy pewność, że Voldemort powrócił.
— Knot i tak ci nie uwierzy... — Słowa Snape'a zostają przerwane przez pukanie.
— Albusie! Przyprowadziłam pana Pottera. — Do gabinetu wchodzi Minerwa McGonagall, a za nią Harry wyglądając, jakby nie spał od tygodni. 
— Dziękuję, Minerwo, możesz nas zostawić. — Dwójka profesorów wychodzi, zostawiając Harry'ego sam na sam z dyrektorem. 
— Przepraszam, że wezwałem cię o tak późnej porze, ale to było konieczne. — Dumbledore ryzykuje i spogląda w oczy chłopca. Niewyobrażalna ulga zalewa całe jego ciało, gdy okazuje się, że są zielone. Ale na wszelki wypadek już więcej tego nie robi i unika patrzenia na ucznia. 
— Nie szkodzi, panie profesorze. I tak nie mogłem spać. — Harry rzeczywiście wygląda, jakby miał zaraz zemdleć ze zmęczenia.
—  I właśnie dlatego tu jesteś, Harry. Co pamiętasz o swoich snach?
Harry przez chwilę się nie odzywa, tylko myśli i próbuje dobrać właściwe słowa. 
— Są o Voldemorcie, panie profesorze — mówi w końcu cicho i niepewnie. — Nie są brutalne, ani ciekawe, z reguły ja, jako Voldemort, oglądam przerażające książki i je czytam. Czasami jestem też obserwatorem. I zawsze mam wrażenie, że on doskonale zdaje sobie sprawę z mojej obecności —kończy jeszcze ciszej niż zaczął. 
— Właśnie tego się obawiałem, mój chłopcze. Obawiałem się, że nie da się ciebie już uratować. — Drugie zdanie wypowiada już tylko w swoich myślach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz