7. Ich drugie imię to Brutus




W dniu rozprawy Harry'ego Pottera w Ministerstwie Magii panuje chaos. Samoloty pełniące funkcje sów latają w tę i we w tę, przekazując niecierpiące zwłoki wiadomości, ludzie krzyczą i przepychają się, próbując sforsować mur aurorów i dostać się na salę rozpraw, by na własne oczy być świadkiem zakończenia skandalu, który wstrząsnął małym, czarodziejskim światkiem. 

Do atrium przybyła cała rodzina Weasleyów, rozglądając się, podążają za powoli łysiejącym ojcem. Dziennikarze rzucają się w ich stronę niczym wygłodniałe hieny, gdy tylko zauważają skupienie pomarańczowego koloru tak wyróżniające się na tle szarości i brązu.

—  Sevile Grakchus z Czarownicy. Czy może nam pani powiedzieć, co sądzi pani o tej sprawie? Winny czy nie? — Reporterka wbija w panią Weasley wyczekujące spojrzenie, odpychając łokciami pracowników innych gazet. 

—  No cóż... Z pewnością...

  —  Chodźmy, Molly, za dziesięć minut zaczyna się rozprawa. Nie marnuj czasu na dziennikarzy. —  Pan Weasley wykazuje się zdrowym rozsądkiem i odciąga żonę od wygłodniałej sensacji reporterki, która jednak się nie poddaje i niezłomnie wykrzykuje kolejne pytania. 

Przez szum krzyczących dziennikarzy i zwykłych ludzi, którzy przyszli w charakterze gapiów, wybija się wysoki głos blondwłosej kobiety:

  —  Potter to psychopata? Jak pani sądzi? Może były jakieś sygnały?

—  Znaczy zawsze był cichy, ale żeby...

—  Molly! Chodźmy już.  

—  Co pani powie na ekskluzywny wywiad? Jak za starych czasów? —  Rita trąca łokciem natarczywego reportera chcącego skorzystać z jej zasług w zatrzymaniu ofiary, by zadać parę pytań dla własnego dziennika. Reporterka przyszpila swoją rozmówczynię wzrokiem spod okularów z diamencikami. — To jak będzie?

 —  Żeby napisała pani takie bzdury jak po śmierci naszej córki?! —  robi przerwę, po czym dodaje: — Podziękujemy. —  Artur Weasley mówi te słowa z niecodziennym dla niego jadem, a Rita Skeeter przyszpila kolejną, jakże chętną ofiarę, w postaci Draco Malfoya. 

Fontanna Magicznego Braterstwa umieszczona w samym centrum atrium stoi samotnie zdolna jedynie przypatrywać się szaleństwu, jakie ogarnęło czarodziejskim światem. Oświetla ją magiczne światło, ale nikt nie zwraca uwagi na jej pokojowe przesłanie —  wszyscy są żądni krwi, która rozleje się dzisiaj na sali rozpraw. 

Remus Lupin niepewnie wychodzi z kominka i otrzepuje wyświechtaną marynarkę. Rozgląda się z niepokojem po ciemnym pomieszczeniu, przez chwilę przygląda się przybyłym czarodziejom, po czym kieruje się w  stronę windy, luzując krawat, bo strach nie pozwala oddychać. Stara się nie patrzeć w szydercze twarze czystokrwistych, ani w ciekawskie reporterów; niezauważenie prześlizguje się, by uciec natarczywym pytaniom. Szuka w tłumie Dumbledore'a. Musi znaleźć dyrektora Hogwartu. Po prostu nie może stać bezczynnie. Wie, że jego nie wpuszczą na salę rozpraw, ale musi się upewnić, że Harry będzie bezpieczny. Jako człowiek noszący gen wilkołaka niewiele ma do powiedzenia i jego zdanie się nie liczy dla Wizengamotu, więc jedyne, co może zrobić to błagać Dumbledore'a, by uchronił syna jego najlepszych przyjaciół przed okrutnym losem. Przecież nie wtargnie na rozprawę, wywrzaskując obelgi jak planował to Syriusz (za co został uziemiony przez Albusa, by nie zrobił czegoś głupiego, co tylko zaszkodziłoby Harry'emy, jak misja ratunkowa).

Pomimo poważnej sytuacji, Remus uśmiecha się na wspomnienie przyjaciela gotowego poświęcić siebie, by tylko jego chrześniak był bezpieczny. Jest to gorzki uśmiech, pełen nostalgii.

Wślizguje się do windy i wysiada na drugim piętrze. Departament Przestrzegania Praw Czarodziejów. Korytarz wydaje się wąski od natłoku ludzi, flesze błyskają co chwilę, a co drugi człowiek wypowiada się w sprawie,  o której nie ma bladego pojęcia — na ten widok Remus zaciska ze złości zęby, ale nic nie robi w tym kierunku. Bo cóż on może? 

Dumbledore'a jednak nie ma w zasięgu wzroku. Remus przeciska się przez zbity tłum czarodziejów, ale nigdzie nie może wypatrzeć srebrzystej brody. W końcu daje sobie spokój. Ze smutkiem spogląda na tabliczkę przytwierdzoną magią do drzwi: Sprawa Harry'ego Pottera, nr 0033, Sędzia — Amelia Bones.  

Dumbledore pewnie chciał uniknąć reporterów, tak, tak właśnie zrobił, mówi sobie Remus i zmusza się, by uwierzyć w siłę tego człowieka. Bo nic innego mu nie pozostało. 

Gdy Remus Lupin opuszcza Departament Przestrzegania Praw Czarodziejów i udaje się do atrium, by oczekiwać na wyrok z bijącym sercem, drzwi do sali rozpraw (największej i najokazalszej w całym Ministerstwie, zdolnej pomieścić wielu widzów) otwierają się szeroko, a magiczny głos zapowiada, że rozprawa rozpocznie się za dziesięć minut. 

Harry siedzi w niewielkim pomieszczeniu obok, rozmawiając po cichu z Dumbledore'em, który jest jego obrońcą. Chociaż raczej słucha monologu dyrektora i stara się zapamiętać wytyczne — co ma mówić i jak. Ręce związane magicznym promieniem energii ograniczają jego ruchy. Harry ma na sobie ubrania zapewnione przez Ministerstwo czy kto ich tam wie. Auror Park przyniósł je, mówiąc jedynie, że ma je założyć, a potem zaprowadził do łazienki, by Harry jakoś się prezentował. Ale jego młodą twarz zdobią ciemne cienie pod oczami i bruzdy zmęczenia, a całe ciało nie zaznało odpoczynku męczone stresem i pierdolonym Voldemortem w głowie. 

Drzwi otwierają się bezdźwięcznie, a do pomieszczenia wchodzi dwóch nieznanych Harry'emu aurorów, by go eskortować na salę rozpraw. Ociężale, w ogóle nie chcąc znaleźć się po drugiej stronie ściany, gdzie czeka go koniec dotychczasowego życia, Harry podnosi się z krzesła i pozwala odprowadzić się do okrągłej sali. Aurorzy mają różdżki w pogotowiu, co w pewnym stopniu śmieszy Harry'ego, w końcu... Jak niby miałby uciec?

Gdybyś miał rozum w głowie, zrobiłbyś to dawno.

Harry tylko prycha, czym zarabia zdziwione spojrzenia dwóch mężczyzn, na co Tom odpowiada cichym śmiechem, mówiąc coś o tym, że to tyle z bycia postrzeganym jako poczytalny.

Sala rozpraw to okrągłe pomieszczenie. Po prawej stronie Harry'ego na podwyższeniu siedzą członkowie Wizengamotu ubrani w fioletowe szaty, pośród nich sędzia wyróżniająca się dla odmiany czarnym strojem. Na honorowym  miejscu siedzi z kolei Minister Magii — Korneliusz Knot przypatrujący się Harry'emu z widoczną urazą. Harry nagle ma ochotę to wszystko rzucić. Jego życie... dopóki ma w głowie Voldemorta jest zagrożeniem dla życia innych. 

Nie miej o sobie tak wysokiego mniemania, to w większości moja zasługa. 

Harry ignoruje głos i skupia się na swoistych trybunach ułożonych w półokrąg wypełnionych gapiami. Wśród nich są twarze bardziej znane i te mniej, ale wszyscy szepczą między sobą. 

Niezłe igrzyska zrobili z twojego procesu. To będzie niezapomniany spektakl, wierz mi.

Z przodu widowni są specjalne miejsca dla świadków. Jest tam wiele znajomych twarzy, ludzi, których darzy zaufaniem lub nienawiścią, ludzi mu obojętnych lub nieznajomych. Odwraca wzrok. 

Zostaje posadzony na samotnym krześle pośrodku sali, dodatkowo od widowni oddziela go metalowa krata (jakby był w stanie ich zaatakować, jakby chciał ich zaatakować). Dołącza do niego Dumbledore i staje przy nim, jakby chcąc dodać otuchy. Jakby to w jakiś cholernie cudowny sposób miało szansę pomóc Harry'emu. Magiczne łańcuchy natychmiastowo oplatają nadgarstki i kostki Harry'ego, dość boleśnie wżynając się w skórę. Błyski fleszy nieustannie mu towarzyszą. W końcu po minucie oczekiwania sędzia wstaje i zapowiada:

  —  Rozpoczynamy rozprawę Harry'ego Pottera, oskarżonego o zabójstwo trzech mugoli: Vernona, Petunii i  Dudleya Dursleyów. Proszę o zabranie głosu  oskarżyciela i przedstawienie aktu oskarżenia. 

Po tych słowach podnosi się wysoki urzędnik w okularach.

  —  Oskarżycielem jest Biuro Aurorów, ja jako reprezentant przestawię akt oskarżenia.  

Przez blisko pięć minut mówi o okolicznościach, w jakich znaleziono Harry'ego i dowodach wskazujących na jego winę.  Harry potrafi tylko patrzeć na swoje buty i być cicho, choć myśli szaleją w głowie. Bo przecież zabił, nawet jeśli opętany przez Voldemorta, to jednak jego ciało zabiło. On jest mordercą.

Nie przypisuj sobie moich zasług. 

Harry grzecznie ignoruje natrętny głos w głowie i z powrotem skupia się na rozprawie. W idealnej chwili, bo sędzia kieruje do niego pytanie.

  —  Niech sam pan Potter opowie o tamtych wydarzeniach. Proszę, oddaję panu głos. Czy zabił pan swoich krewnych?

Przedstawienie czas zacząć.

Harry wbrew zdrowemu rozsądkowi zgadza się z Voldemortem, bo właśnie to zamierza zrobić. Ten proces to jedna wielka gra reżyserowana przed Dumbledore. 

  —  Zrobił to Voldemort. —  Krótko, zwięźle i na temat. 

—  Co pan przez to rozumie? —  Wśród zebranego tłumu wzbiera się szmer szeptów, więc sędzia zmuszona jest ich uciszyć. 

Harry wpatruje się w poważne oblicze Amelii Bones, chcąc wybuchnąć śmiechem. Wie jednak, że to nie byłoby właściwe, więc powstrzymuje mięśnie twarzy od ruchu, opanowując się na tyle, że jego usta wykrzywiają się w krzywym grymasie. Grymasie, który mógłby zostać uznany za uśmiech szaleńca, ale przecież Harry szaleńcem nie jest. 

  — Moja blizna... Widzi pani? —  Harry odsłania czarną grzywkę, ukazując wąską szramę w kształcie błyskawicy. —  Zostawił mi to, gdy próbował mnie zabić. Każdy czarodziej to wie, prawda? Sławna blizna Harry'ego Pottera po niewybaczalnym zaklęciu, zaklęciu uśmiercającym —  mówi gorzko. —  Ale co konkretnie ona oznacza?  A więc oznacza to,  że mam go w głowie.

Jego słowa wywołują kolejne szepty i szemrania wśród widowni i członków Wizengamotu.   Wręcz słyszy te pogardliwe określenia podszyte wrogością, zabawne, że go to już nie obchodzi. Harry ma już serdecznie dość, chce to wszystko zakończyć i odpocząć. Pójść za zasłużoną emeryturę w byciu bohaterem w lśniącej zbroi rozliczanym za każdy błąd i obserwowanym na każdym kroku. 

Ignorując zarzuty o byciu psychopatą, Harry skupia się na Amelii Bones, która wygląda, jakby bardzo chciała uwierzyć w jego słowa, ale nie za bardzo potrafiła. Harry bierze głęboki oddech, widząc, że jak na razie plan idzie dobrze. 

  —  I co chce pan przez to powiedzieć, panie Potter? —  pyta ktoś z Wizengamotu.

—  Że to on zabił. 

  —  Jakże wygodne! —  sarka ktoś, więc Harry unosi głowę, by spojrzeć w zimne oczy Lucjusz Malfoya. 

—  Czyli nie przyznaje się pan do winy? — Amelia Bones mruży już i tak wąskie oczy, przyglądając się w skupieniu twarzy Harry'ego Pottera.

—  Nie. Moją... rodzinę zamordował Lord Voldemort, opętując moje ciało.  Ja nie miałem na to wpływu. 

  —  Nie sądzi pan, że uwierzymy w te brednie —  parska ktoś. 

—  To możecie podać mi veritaserum i mnie sprawdzić —  hardo odpowiada Harry. Jest już tak bardzo zmęczony.

—  Ten eliksir jest zbyt silny dla osób poniżej siedemnastego życia i jego użycie przez osobę niepełnoletnią jest sankcjonowane przez Ministerstwo —  sucho recytuje z pamięci sędzia.  

 — Jeśli mogę się wtrącić, Wysoki Sądzie. — Lucjusz Malfoy wstaje i odgarnia blond kosmyki z twarzy. — Uważam, że to było zaplanowane i pan Potter wspomniał o Eliksirze prawdy tylko dlatego, iż wiedział, że nie zostanie mu on podany. Dziękuję. 

Rozlegają się pomruki aprobaty, ale Harry już o to nie dba. Po prostu będzie grał do końca, zostanie zesłany, tam gdzie ma zostać zesłany i wreszcie odpocznie. Chociaż gdzieś tam w głębi odzywa się dawny Harry chcący krzyczeć swoje racje i udowodnić niewinność, to zostaje stłumiony przez realia rzeczywistości.

Amelia Bones tylko kiwa głową, przyjmując do wiadomości słowa Lucjusza Malfoya i ponownie zwraca swoją uwagę na Harry'ego Pottera. 

  —  Czy oskarżony może przedstawić jakieś dowody potwierdzające winę Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać?

  Harry milczy, nie za bardzo wiedząc, co ma odpowiedzieć. Przecież jego jedynym dowodem są słowa.

—  Rozumiem —  sędzia wzdycha po minucie ciszy. —  Dziękuję panu, panie Potter. Teraz przesłuchamy osoby postronne. 

Harry dalej siedzi na swoim krześle, gdy za nim za specjalną barierką kolejno wypowiadają się aurorzy, opisując  to, co widzieli. Zachowanie Harry'ego, każdy detal. Od tego, że chciał uciec w piżamie po pokryte krwią bose stopy. 

Zdecydowanie takie rozprawy są nudne, ale myślę, że mogę cię pocieszyć, drogi Harry. 

Niby jak? Harry chce wzruszyć ramionami, by pokazać, że nie obchodzi go zdanie Voldemorta, ale opamiętuje się, bo przecież jest wśród ludzi. Tym razem powie im, że prowadzi w głowie miłą pogawędkę z Lordem Voldemortem? Zamkną go w św. Mungu.

Finał będzie ekscytujący.

Harry szybko zapomina jednak o dziwnych słowach Riddle'a, gdy sędzia zaczyna przepytywać jego przyjaciół. 

Hermiona wydaje się być nerwowa, gdy ściśniętym głosem opowiada o ich przyjaźni. 

  —  Nie jestem w stanie uwierzyć, że Harry mógłby zrobić coś takiego. Znamy się od początku Hogwartu, znaczy poznaliśmy się w pociągu, ale przyjaciółmi zostaliśmy trochę później... w każdym razie znam Harry'ego bardzo dobrze i naprawdę nie byłby w stanie zabić kogoś w tak okropny sposób.  Może nie dogadywał się z wujostwem, ale wierzę, że nie dopuściłby się morderstwa. 

  —  Czyli Harry Potter mógł mieć motyw? 

—  To że nie byli w dobrych stosunkach nie znaczy, że miał motyw. 

  —  Ale mógłby mieć?

—  No tak...

—  A co pani powie o zachowaniu pana Pottera? Czy ostatnio coś się w nim zmieniło? —  Oho, myśli Harry, ludzie Dumbledore'a.

—  Z pewnością po wydarzeniach z Komnatą Tajemnic i śmiercią Ginny już nigdy nie był dawnym Harrym, był bardziej skryty i cichy... Bardziej zamknął się w sobie. 

—  Dziękujemy, panno Granger. Może pani usiąść. 

Następny jest Ron. Harry od razu wie, że ta część rozprawy zostanie przez niego na długo zapomniana. Kochany Ron, najlepszy kumpel Harry'ego insynuuje winę Harry'ego w śmierci Ginny i otwarcie mówi, że pewnie choruje na jakąś chorobę, bo jego zachowanie diametralnie się zmieniło. W jego głosie słychać pewność swoich przekonań, więc paru czarodziejów kiwa głowami, mrucząc do siebie. Bo skoro najlepszy przyjaciel Pottera tak mówi, to coś w tym musi być, prawda?

  —  Harry to mój kumpel —  kontynuuje Ron, z każdym słowem sprawiając, że Harry chce już iść do celi, by tam zwinąć się w ciasny kłębek i zapomnieć o okropnym uczuciu bycia porzuconym —  a przynajmniej tak mi się zdawało... no bo tak jak Hermiona mówiła, Harry po śmierci G-ginny to nie Harry, którego znaliśmy. I... i zaczął się od nas odsuwać, zawsze siedział sam i nie był już taki jak dawniej.  Z nim naprawdę było coś nie tak potem. 

  Zaraz po synu zeznaje Molly Weasley. Zapewnia, że jest dobrym dzieckiem i kochanym, i na pewno to jakieś nieporozumienie. Nawet płacze wielorybim płaczem, użalając się nad biednym chłopcem. Artur Weasley wątpi w jego poczytalność. Nawet posuwa się do tego, że sugeruje jakoby to wychowanie u Dursleyów miało wpłynąć na jego psychikę. Harry powstrzymuje się od cichego śmiechu, jedynie wykrzywiając wargi w dziwnym grymasie. To się robi coraz bardziej komiczne — szepcze Tom.  — Jak żałosnymi i zdradzieckimi ludźmi się otaczałeś...

Cichy szept wibruje, wywołując dreszcze na skórze Harry'ego jakby muskała ją zimna bryza. 

W tym czasie czarodziej w fioletowej szacie proponuje zamknięcie w Nurmengardzie, by zapobiec dalszym nieszczęściom, bo Harry Potter jest niepoczytalny i zdolny do najstraszliwszych zbrodni, skoro wydaje się mu, że ma w głowie Voldemorta i że musi słuchać jego zdradzieckich szeptów. Harry słyszy gromki śmiech Toma w głowie. 

—  Sprzeciw. —  Rękę unosi Lucjusz Malfoy, podnosząc się przy tym powoli z miejsca. —  Na tej sali zostało udowodnione jak niebezpiecznym i nieobliczalnym człowiekiem jest Harry Potter, choroba jest tylko wymówką dla tych straszliwych czynów. Dlatego część Wizengamotu prosi o wyższy wymiar kary i skazanie Harry'ego Pottera na odbycie kary w Azkabanie, uważając, co poparte jest odpowiednią dokumentacją, że zabezpieczenia Nurmengardu są niewystarczające. 

Plik dokumentów znika z ręki Malfoya, by pojawić się na biurku sędzi. Amelia Bones przez chwilę przypatruje się mężczyźnie, jakby chciała wyrazić swój sprzeciw, ale z jej ust wychodzi jedynie:

  —  Dokumenty zostaną dołączone do akt sprawy.  

Kolejne słowa i wypowiedzi giną niezauważone przez Harry'ego, który skupia się na słowie Azkaban. Wibruje ono; dziwnie nasycone strachem i najgorszymi skojarzeniami. Rozlewa się niczym fala mroku po umyśle chłopca i sprawia, że dusi się ze strachu. A-z-k-a-b-a-n. Najzupełniej zwyczajne litery alfabetu łacińskiego, które po złożeniu tworzą dom dementorów przepełniony strachem i zgnilizną ciemności. 

Ręce Harry'ego nagle zaczynają drżeć, więc przytrzymuje je razem, próbując opanować niekontrolowane ruchy. Chciałby móc wierzyć, że to tylko sen (wyjątkowo parszywy i nieprawdopodobny), ale już stracił siły, by walczyć. I chociaż słowo Azkaban coś w nim budzi, strach popędza go do działania, by uniknąć przebywania w tym straszliwym miejscu, to Harry siedzi spokojnie na krześle, patrząc się na swoje oblane zimnym potem dłonie, i po prostu chce, żeby to się już skończyło. 

  —  W ogóle wiecie co? —  mówi spokojnie z lekką drwiną w głosie. —  Tak, zabiłem ich. Z dziką rozkoszą.  

To, co nastaje po jego słowach można nazwać armagedonem, ale Harry już ma dość. Naprawdę. Dumbledore próbuje ratować sytuację, czasami rzucając Harry'emu pytające spojrzenie. A Harry po prostu jest już zmęczony, więc siedzi cicho i spokojnie, nie podnosząc wzroku.

Zagubiony w myślach nie zauważa, że skończyła się przerwa, ani tym bardziej, że się zaczęła.  Amelia Bones z poważną i dość smutną miną, jakby robiła to tylko dlatego że ją przegłosowano, odczytuje wyrok:

  —  Sąd wraz z Wizengamotem uznał, że Harry Potter jest winny morderstwa rodziny Dursleyów. Karą za zabójstwo mugoli jest dożywocie, ale Sąd z uwagi na młody wiek sprawcy i podejrzenie choroby skraca ją do dziesięciu lat pozbawienia wolności w Azkabanie. Środkiem łagodzącym wyrok jest umieszczenie winnego w  odizolowanej celi do osiągnięcia pełnoletności. Dziękuję, posiedzenie uważam za zakończone. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz