8. Przerażająca rzeczywistość, którą sami stworzyliśmy




Remus Lupin. Wilkołak. Były nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią. Huncwot. Lunatyk. Ukochany przyjaciel. Wiele określeń pasuje do tej konkretnej osoby, ale dzisiaj mógłby mówić o sobie "przynoszący hiobową wieść". Z wahaniem wymalowanym na zmęczonej twarzy staje przed drzwiami Grimmauld Place 12. Przez chwilę po prostu wpatruje się w nieokreślony punkt, po czym wreszcie wchodzi do środka z ciężko bijącym sercem. 

Korytarz jest pusty. Raczej wątpi, by ktokolwiek był w domu poza Syriuszem i Stworkiem,  członkowie Zakonu Feniksa pewnie jeszcze nie wrócili z Ministerstwa Magii, wciąż dyskutując o krzywdzącym wyroku. Liczba walczących po stronie Dumbledore'a stale uszczupla się z oczywistego względu — trudno uwierzyć w powrót Sam-Wiesz-Kogo, skoro nic się nie dzieje. Życie w czarodziejskim świecie toczy się zwyczajnym trybem, jeśli nie liczyć dwóch niepokojących incydentów: otwarcia Komnaty Tajemnic trzy lata temu i aktualnej rozprawie Harry'ego Pottera. A właściwie skazanie niewinnego chłopaka na dziesięć lat w Azkabanie, co brzmi jak wyrok śmierci dla tak wrażliwego człowieka. Remus chciał iść do sędziów i opowiedzieć, że to najspokojniejszy chłopiec na świecie z sercem na właściwym miejscu, ale potem stwierdził, że świadectwo bliskiej znajomości z wilkołakiem tylko może zaszkodzić, więc odpuścił. I teraz nie może sobie tego wybaczyć. 

  —  Syriuszu? —  Ciche pytanie odbija się echem w pustym domu. 

Na odpowiedź nie trzeba czekać długo. Najpierw jest trzask upadającego krzesła, a potem w korytarzu pojawia się Łapa, potykający się o własne stopy i ledwo zachowujący równowagę. Przystaje na widok ponurej miny Lupina. 

  —  Czyli...? 

—  Niestety.

—  To niemożliwe.

—  Linia obrony obrała złą strategię. Ostatecznie...

—  Nie. To niemożliwe. 

—  Musisz się z tym pogodzić. 

—  Haha... Niby jak, do cholery?!

—  Po prostu... Mnie też nie jest łatwo!

—  Tak? Jakoś nie wygląda!

  —  Syriuszu... 

Po tej rozpaczliwej prośbie zapada cisza. Black po prostu stoi. Lupin wpatruje się w niego błagalnie. Zegar cicho tyka.

—  Gdzie Dumbledore? —  Głos Syriusza to ciche warknięcie rozjuszonego drapieżnika. 

—  Jeszcze w Ministerstwie. Syriuszu, musisz się uspokoić... —  Słowa Remusa zostają przerwane pojawieniem się członków Zakonu Feniksa z Dumbledore'em na czele, którzy wchodzą do domu, głośno dyskutując. 

Wszystko dzieje się błyskawicznie. Syriusz zaczyna rzucać oskarżeniami, a niejasne odpowiedzi dyrektora Hogwartu tak podburzają Blacka, że rzuca się na starszego czarodzieja. Błyski zaklęć i Syriusz kończy na przeciwległej ścianie przyszpilany przez niewidzialną siłę. Kingsley wskazuje na niego różdżką z drżącymi z emocji nozdrzami. 

  —  Jak mogłeś?! —  Syriusz powtarza te słowa coraz słabszym głosem, aż ten nie staje się szeptem niknącym wśród szlochów pani Weasley i przekrzykiwań czarodziejów. 

Remus jest w stanie jedynie przyglądać się pogrążonemu w rozpaczy Łapie, choć jego serce ściska niewyobrażalny żal. Dlaczego los to taki parszywy sukinsyn?

***

Severus Snape opiera się ciężko o ścianę w gabinecie dyrektora, czekając aż ten wróci z Kwatery Głównej Zakonu Feniksa. Zegara wybijają miarowy rytm, a Mistrz Eliksirów pogrąża się w ponurych myślach.

W końcu płomienie kominka płoną zielenią i w gabinecie pojawia się jego właściciel. Dumbledore otrzepuje srebrzyste szaty, chociaż pewnie tylko z nawyku, bo nie widać na nich żadnego popioły czy innego brudu.

  —  Severusie.

Dumbledore najpierw podchodzi do pustej grzędy Faweksa i kontynuuje, stojąc odwrócony plecami do Snape'a.

—  Co cię sprowadza?

—  A jak myślisz? —  rzuca gorzko Severus. Jego twarz nie zdradza emocji, jedynie oczy lśnią dziwnym blaskiem. —  Przyrzekłem jej, że będę go chronił. —  Głos jest zimny i oschły, ale jednocześnie pełen nigdy niewypowiedzianych na głos emocji. —  Zaufałem tobie, Albusie. 

—  Doskonale zdaję sobie sprawę z twojego oddania, co więcej, bardzo je sobie cenię. —   Dumbledore mówi to wszystko nie patrząc na Snape'a, rękę kładzie na drewnianej grzędzie i delikatnie gładzi ją opuszkami palców. — Tego, co wydarzyło się dzisiaj na sali sądowej... nie dało się przewidzieć, Severusie. Dobrze wiesz, że plan był inny.

  —  Plan! —  sarka z drwiną Snape.  —  To było do przewidzenia, że Czarny Pan się zaangażuje, spróbuje namieszać! Jak mogłeś na to pozwolić?

  —  Wiesz, Severusie... —  Dumbledore wreszcie się odwraca z miną pokonanego człowieka —  może tak będzie lepiej.

***

—  Ron! —  woła Hermiona, biegnąc za wysokim rudzielcem, który ze złością wspina się po schodach. —  Zaczekaj! To nie tak...! —  Chwyta go za nadgarstek, ale Ron się wyrywa, mrożąc dziewczynę wzrokiem, gdy ta patrzy na niego urażona. 

—  Ty uparty ośle! Choć raz wysłuchaj, co mam do powiedzenia! —  Z desperacji Hermiona podnosi głos. 

—  Tak? —  warczy Ron, marszcząc gniewnie brwi. —  Znowu powiesz mi, że to moja wina, że Harry trafił do Azkabanu? Tego mam słuchać? Twoich bzdurnych oskarżeń?!

  —  Nie są bzdurne! —  automatycznie broni swojego stanowiska. Potem dodaje łagodniejszym tonem: 

 —  Po prostu mnie wysłuchaj... dobrze? —  Ostatnie słowo to już niepewny szept. Ron tylko na nią patrzy, więc zachęcona Hermiona kontynuuje.

  —   Wszyscy widzieliśmy, że z Harrym było coś nie tak... ale uważam, że nie powinieneś mówić, że najprawdopodobniej to Harry zabił Ginny.

  —  Nie waż się wypowiadać jej imienia! —  warczy Ron, czerwieniąc się na twarzy ze złości. —  Nie zasłużyła na taki los!

—  A czy ja coś o tym wspomniałam?! Przecież też straciłam kogoś ważnego, ona była dla mnie kimś ważnym! —  W oczach Hermiony lśnią łzy.

—  Ale nie tak ważnym jak dla mnie! A Harry... Jako jedyny miał szansę temu zapobiec, miał szansę uratować moją siostrzyczkę —  mówi z bólem. —  Ale tego nie zrobił! I to przez niego ona... — Głos mu się załamuje, nie jest w stanie powiedzieć na głos, że jego siostra nie żyje. 

  —  Ale to nie powód...! Ugh! —  krzyczy z frustracji. —  Naprawdę musiałeś to wywlekać przed Wizengamotem?

 —  Wszystkie fakty mogły być istotne!

  —  Naprawdę cię nie rusza, że twój najlepszy przyjaciel wylądował w Azkabanie? W AZKABANIE, RON! Zdajesz sobie sprawę jak tam jest? — Policzki Hermiony są zarumienione od emocji targających dziewczynę.

 —  Może na to zasłużył! —  Krzyk Rona jest donośny i budzi panią Black, która zaczyna wydzierać się zza ram portretu. 

  —  Ty... naprawdę tak uważasz? —  Hermiona zadaje swoje pytanie cicho, jakby nie chciała, by zostało dosłyszane, bo przerażała ją możliwa odpowiedź. 

— A ty nie? Sama powiedziałaś, tam, na sali sądowej, sam słyszałem, że Harry miał motyw. Więc nie zgrywaj niewiniątka! I nie zwalaj całej winy na mnie!

Hermiona cofa się stopień niżej, jakby została spoliczkowana. Wpatruje się przez chwilę w Rona zranionym wzrokiem, po czym obraca i odchodzi byle jak najdalej od niego.

 —  Tsk, tsk, tsk, braciszku —  mówią bliźniacy, aportując się znikąd.

  —  Odczepcie się —  warczy Ron i wbiega na górę, głośno tupiąc. Po chwili słychać głośny trzask drzwi od pokoju najmłodszego z Weasleyów, a bliźniacy wymieniają między sobą zmartwione spojrzenia. 

***

Budynek Azkabanu to martwa bryła kamieni na pustej wyspie bez życia. Strzeliste wieże niknące w gęstych chmurach, okna przysłonięte ciężkimi kratami, wyjałowiona ziemia i to bezgraniczne uczucie rozpaczy, które czuje się aż w kościach.

Takie jest wrażenie Harry'ego o najlepiej strzeżonym więzieniu czarodziejów, gdy po raz pierwszy spogląda na ponury budynek. Zakuty w magiczne kajdanki zostaje wyprowadzony z łodzi, którą tu przypłyną i powoli idzie wąską ścieżką pośród gołych skał w stronę swojego przeznaczenia.

Powietrze tu jest wilgotne, a przerażający oddech dementorów przywodzi na myśl zgniliznę. Zakapturzone demony czają się w mroku, gdy Harry zostaje prowadzony przy eskorcie strażników. Może to tylko wyobraźnia przerażonego chłopca, ale Harry mógłby przysiąc, że oni wszyscy patrzą na niego łakomym wzrokiem, który wzbudza w nim obrzydzenie i strach tak potworny, że nie potrafiłby opisać go słowami.

Od czego masz wyobraźnię?

Harry ma ochotę głucho jęknąć w swojej głowie.

Myślałem, że się odczepiłeś i że przynajmniej tutaj będę miał spokój. Naprawdę ma dość Voldemorta w swojej głowie. Ale tak naprawdę, naprawdę, naprawdę dość.

Miałbym to przegapić? 

 Harry przewraca oczami i skupia się na otoczeniu, próbując zignorować śmiech Riddle'a.

Przed bramą na chwilę przystają, strażnicy, którzy przyprowadzili Harry'ego o czymś dyskutują z tymi strzegącymi wejścia, więc Harry korzysta z okazji i spogląda w niebo. Ile by dał, by choć jeden, ostatni raz móc ujrzeć piękne gwiazdy. Granatowy nieboskłon usiany milionem iskier tętniących życiem i nadzieją. Zamiast tego jedyne, co widzi to szare, gęste chmury.

Mogę pokazać ci gwiazdy. Tylko zaśnij, a pokażę ci, co tylko zechcesz.

Jeszcze tu jesteś?

Mój mały czarodzieju   — mówi z rozbawieniem — ja tu będę już zawsze.

Strażnicy wreszcie kończą dyskusję wybuchem gromkiego śmiechu i Harry pierwszy raz przekracza wrota Azkabanu.

2 komentarze:

  1. Hej! Dzisiaj, dzięki Katalogowi Euforia, natknęłam się na tego bloga. Przyznam szczerze i bez bicia, że jeszcze nie zabrałam się za czytanie - póki co ogarnęłam opis i jestem zaintrygowana. Mam masę tekstów do przeczytania (ostatnio pościągałam na dysk, wyszło ponad 1k!) i mam zamiar przebrnąć przez nie alfabetycznie - tak więc chwilkę mi zajmie dojście do "Nieba Gwiaździstego".
    Na ten moment mogę życzyć dużo weny - jak siądę do lektury, napiszę coś więcej.
    Pozdrawiam, Glenka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hejka~! Ja tu nie biję, jedynie przytulam i rozdaję ciasteczka w kształcie gwiazdek <3
      Cieszę się, że "Niebo Gwiaździste" Cię zaintrygowało i bardzo liczę, że jak już znajdziesz czas i przeczytasz, to równie mocno Ci się spodoba.
      Ale 1k...? Że tysiąc fanfików?! Jak?! (chyba że chodzi ci o strony czy pojemność, ja się nie znam).
      ślicznie dziękuję za komentarz!

      Usuń