5. Szaleństwo bezgwiezdnej nocy




Chwilowa pustka w głowie Harry'ego zostaje zastąpiona przez nagłe olśnienie — czyli to był plan Dumbledore'a? Od samego początku? 

Dyrektor musiał być świadom faktu, że Voldemort spróbuje opętać Harry'ego. Tylko czemu miało to służyć? Przecież teraz jedyna ochrona zniknęła, skoro jego rodzina zginęła, a raczej została zamordowana. Harry z przerażeniem wychodzi na zewnątrz i rozgląda się wokoło. Żadnych śmierciożerców. Na razie, ale Harry wie, że niedługo się pojawią. W końcu nie po to Voldemort kłopotał się, by posiąść Harry'ego i zabić jego wujostwo, by nie pojawić się  i nie zabić chłopaka, uprzednio usuwając ochronę jego matki. 

Niewiele myśląc, działając raczej pod wpływem impulsu Harry biegnie na górę i wypuszcza Hedwigę, po czym zbiega na dół i zabiera ze schowka wszystkie swoje rzeczy. W bosych stopach pokrytych krwią wuja wychodzi na ulicę, by zostać powitanym przez grono aurorów mierzących do niego z różdżek. 

Są ustawieni w równy półokrąg, ich różdżki mierzą prosto w głowę Harry'ego, która pulsuje jeszcze tępym  bólem — czuje gniew Voldemorta. Coś poszło nie tak, nie po jego myśli. 

  —  Jesteś podejrzany o użycie Zaklęć Niewybaczalnych. Okaż swoją różdżkę. Powoli —  mówi nieznany Harry'emu człowiek o skośnych, chmurnych oczach i siwiejących włosach.  Paru aurorów wbiega do domu. Gdy wracają są bladzi na twarzy  i wyglądają na zdegustowanych. 

  —  Trupy, że aż miło. —  Mówi mężczyzna z  sarmackim wąsem  i wschodnim akcentem. 

Harry sięga ręką do tylnej kieszeni spodni i zaciska palce na różdżce. Ostrokrzew i pióro feniksa. Jego oddana przyjaciółka, która nigdy go nie zawiodła. Drewno pulsuje miłym ciepłem, ale Harry doskonale pamięta, co zrobił tą różdżką. Torturował i zabił ostatnią rodzinę, jak mu pozostała. Teraz już naprawdę nie ma nikogo. Chłopak powoli wyciąga różdżkę i pokazuje ją aurorom, którzy spinają się na jej widok. Harry mimowolnie przygotowuje się do ataku, gdy auror o skośnych oczach rzuca Expelliarmus. Byłby głupi i naiwny, myśląc, że ma jakiekolwiek szanse przeciw aurorowi po szkoleniu na pełnym etacie. Zaklęcie wytrąca ukochaną przyjaciółkę z ręki Harry'ego; różdżka ląduje w wyciągniętej ręce aurora, który konfiskuje ją z ponurym uśmiechem i odpowiednio zabezpiecza. Wokół różdżki Harry'ego rozbłyskuje białe światło niczym miła otoczka  z obłoku, po czym Azjata chowa ją do czarnego, lakierowanego pudełeczka. W Harry'ego cały czas wymierzone są różdżki, a na końcach języków czarowników tworzą się pierwsze sylaby zaklęć ogłuszających, gdyby pojmany Harry Potter miał zamiar uciec. 

Niebo nad nimi jest chmurne, zbiera się na letnią burzę — gwałtowną nawałnicę budzącą grozę w ludziach, gdy niszczy, co tylko spotyka na swej drodze. Czarne obłoki kłębią się, gdzieś w oddali rozlega się grzmot, a wiar zaczyna wyginać giętkie i wątłe gałęzie drzew, jakby próbując wyrwać drzewom ręce ze stawów. Na ziemię spadają pierwsze krople ciepłego deszczu. 

Posępny auror z sumiastymi wąsami spogląda w niebo i kicha głośno.

  —   Na zdrowie —  mówi automatycznie Harry.  Serce łomocze w piersi. Co teraz z nim będzie? 

  —  Dzięki —  odpowiada, po czym chrząka zmieszany. Azjata przewraca oczami na reakcję kolegi po fachu i mocniej zaciska palce na różdżce. 

  —  Pójdziesz z nami —  mówi, a serce Harry'ego prawie że zamiera na krótką chwilę. Otwiera usta, by wykrzyczeć, że jest niewinny, że to nie on. No przecież, do cholery jasnej, nie ma nawet szesnastu lat i... i... Nikt mu nie uwierzy. Nikt nie uwierzy w bujdy o Voldemorcie w jego głowie, skoro są przeświadczeni, że on nie żyje. Łzy zbierają się w oczach Harry'ego, który zdaje sobie sprawę z beznadziejności swojej sytuacji. Kontury świata zamazują się przez słone łzy i deszcz, który z coraz większą siłą uderza w szkiełka okularów Harry'ego. 

  —  Ja... —  Ja tego nie zrobiłem, chce wykrzyczeć, ale słowa grzęzną w ściśniętym gardle i wydobywa się z niego jedynie nieartykułowany dźwięk: coś pomiędzy skrzekiem a piskiem. —  J-ja.... —  Harry podejmuje kolejną bezskuteczną próbę. Niepowodzenia sprawiają, że łzy ciekną teraz ciurkiem po czerwonej twarzy. Twarze aurorów są nieprzejednane, nie wzrusza ich płacz rozpaczy nastolatka. Może odbierają to jako marną próbę przyznania się do winy? Ich twarde spojrzenia spoczywają na zakrwawionym chłopcu, który płacze przed nimi, nie potrafiąc wykrztusić słowa. 

  —  Park, zwiąż go. —  Wysoki czarodziej w kucyku na czubku głowy zwraca się do Azjaty, który zaklęciem wiąże ręce Harry'ego złotym sznurem. Nie mogąc poruszyć rękoma, Harry czeka na dalsze instrukcje, czując przyjemne ciepło dobywające się z liny. 

  —  Wiesz, co to aportacja łączna? —  pyta Azjata. Paru czarodziei parska śmiechem.

—  Park, on zabił rodzinę, jak ma nie znać aportacji? —  zastanawiają się na głos, chichrając się bezczelnie i obrzucając Harry'ego wzgardliwymi spojrzeniami.

  —  Ma kufer, przecież ewidentnie próbował uciec, sukin...

—  Bez przekleństw, Mark. 

Harry cicho odpowiada, że nie zna, a auror Park teleportuje się z nim do Ministerstwa Magii. 

Gdy ciała rodziny Dursleyów zostają zabrane, a miejsce całkowicie opuszczone przez aurorów, przed domem pojawia się samotna postać. Ubrana jest w mugolski płaszcz z kapturem zaciągniętym na połyskujące czerwienią oczy w mroku nocy. Księżyc wychyla się zza ciężkich, burzowych chmur, które uciekają jakby przed światłem. 

Voldemort wygląda, jakby coś niesamowicie wytrąciło go z równowagi. Przechadza się nerwowo i skubie dolną wargę długimi palcami. Jest niczym kruk, który stracił swoją ofiarę. Teraz tylko potrafi rozkładać bezradnie czarne jak śmierć nocy skrzydła i skrzeczeć, że nie taki był plan. Jednak Lord Voldemort nie został obdarzony marnym umysłem ptaka, ale bystrym psychopaty, i ostatecznie zawsze zaciska pazury na wyczekanej ofierze. Dlatego na szaleńczej twarzy Toma Riddle'a błyszczącej się niczym wosk w mdłym świetle księżyca, pojawia się drapieżny uśmiech. Przecież może pokierować sprawami dla własnej korzyści. Chłopaka może zabić potem, teraz potrzebuje porozmawiać z Lucjuszem. Doprawdy będzie to fascynujące spotkanie po latach. Na niebie nie ma żadnych gwiazd, gdy znika on w kłębie czarnego dymu.

~*~

W lipcową, burzową noc maleńka sowa dostarcza dyrektorowi Hogwartu zapieczętowany list z Ministerstwa Magii. Zawartość sprawia, że Albus Dumbledore blednie natychmiastowo i drżącymi rękoma odkłada pergamin na zagracone biurko. Na chwilę chowa twarz w pomarszczone dłonie i ucieka wzrokiem, byle tylko nie patrzeć na przeklęte litery. Plan udał się aż nazbyt dobrze. Nie sądził, nie śmiał myśleć, że Voldemort posunie się do tego. Czy to jego wina, że wszystko się tak skończyło? Czy powinien to naprawić...? A może ciągnąć tę niebezpieczną grę? W końcu to jeszcze może wyjść na dobre, może zabezpieczyć Harry'ego, by nie skrzywdził już nikogo. Tak, nie popełnił błędu. Jeszcze wszystko się ułoży, a  na razie musi wezwać Severusa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz